Motyw

Proste rzeczy

06.04.2019 ⋅ 31 minut

„Nie ma go”.

Pomyślała, przewracając się w łóżku na drugi bok w próbie przytulenia się do jego ciała. Otworzyła oczy i tylko potwierdziła swoje przypuszczenia. Usłyszała zapowiedź, a następnie melodię utworu Desire zespołu Clock Machine dobiegające z kuchni na parterze oraz trzy długie, miarowe piknięcia mikrofalówki. Trzy długie, miarowe piknięcia. Uspokoiła się i uśmiechnęła. Nie poczuła zapachu świeżo parzonej kawy. Miała nadzieję, że właśnie ją przygotowywał. Rano potrafiły ją obudzić dwie rzeczy – kubek wypełniony czarnym płynem z kofeiną lub jego palce delikatnie muskające jej ciało.

Sypialnia była urządzona bardzo minimalistycznie. Podwójne łóżko, wiszący nad nim na ścianie obraz przedstawiający ośnieżoną górską scenerię, duża szafa wnękowa z lustrem oraz stolik nocny. Na nim stał tylko stary elektroniczny zegarek z dużym wyświetlaczem. Czerwień cyfr oznajmiała, że jest godzina 8:32. Na podłodze leżały ich rozrzucone ubrania. Promienie słoneczne wpadały do sypialni przed duże okno wychodzące na ulicę.

Spojrzała w lustro szafy, chcąc sprawdzić, ile czasu będzie musiała spędzić w łazience, aby doprowadzić do ładu swoje długie włosy. W tej samej chwili nawiedziło ją wspomnienie ubiegłej nocy – ich wspólne odbicie, moment, kiedy wbiła paznokcie w jego plecy, usiłując opanować rozedrgane mięśnie, a także jego późniejszą bliskość i ciepło ciała.

Jej oddech przyspieszył.

„Hmm… Nie jest z nimi tak źle”.

Oliwia leniwie wyszła z łóżka. Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Podeszła do okna, aby je zamknąć.

Był piękny, bezchmurny poranek. Delikatny wiatr poruszał liśćmi na drzewach. Na jednym z nich ptaki wiły gniazdo, przygotowując się na przyjście młodych. Jakaś kobieta właśnie wyszła z domu jednorodzinnego naprzeciwko i skierowała się w stronę stojącego na podjeździe samochodu. Mała dziewczynka w loczkach, ubrana jeszcze w piżamę, wybiegła za nią i całym ciałkiem przylgnęła do jej nogi. Ona uśmiechnęła się do niej, wzięła ją w ramiona i przytuliła. Po chwili obok nich pojawiła się kolejna postać – mężczyzna. Pocałował kobietę w policzek, przejął od niej małą i oboje pomachali jej na pożegnanie. Właśnie udawała się w pełną korków męczącą podróż do pracy w centrum. Choć nie jechała sama – zachowała w myślach dwie najważniejsze dla niej osoby.

Poranny chłód sprawia, że umysł człowieka przytomnieje, choć ona dopiero po kilku minutach zorientowała się, że stoi całkiem naga w oknie i gapi się na ulicę.

Rozejrzała się dookoła. „Gdzie ja ją… Jest!” Jego biała koszula leżała obok stolika nocnego.

Kiedy usłyszała skrzypienie drewnianych schodów, przeciągnęła się nieco teatralnie, wydając lekkie pomruki, i obróciła się w stronę dźwięków. Stał już w drzwiach, oparty o futrynę. Miał na sobie niebieskie bokserki i białą koszulkę. Odznaczał się na niej zarys mięśni jego klatki piersiowej.

– Dzień dobry! – powiedział, nie spuszczając z niej wzroku. – Dobrze spałaś?

– Dobrze, choć krótko. – Ziewnęła lekko. – Ktoś nie pozwolił mi zmrużyć oka na dłużej i jeszcze nie wiem, w jaki sposób tę osobę ukarać. Na razie zadowolę się całusem o tu – przystawiła palec do swojego policzka – a później wymyślę coś gorszego.

– Nie. – Zamilkł na chwilę. – Nie będziemy tracić czasu na takie błahostki. Wybawienie owego nieszczęśnika czeka w kuchni. Jajka sadzone z bekonem oraz specjalność tutejszej stołówki: tosty z nutellą i bananami. A jak pani pozwoli – Piotr wyciągnął do niej dłoń – to znajdzie się kubek świeżo parzonej kawy. Zapraszam.

Oliwia, z rękami założonymi na piersi, ani drgnęła, choć na jej twarzy pojawił się mały uśmiech. Patrzyła na niego zielonymi oczami.

– Czy ja już wspominałem, że wygląda pani w mojej koszuli oszałamiająco?

– Kawa, jedzenie i tanie komplementy? I myślisz, że dam się tym tak łatwo przekonać?

– Wystarczyło ci jedynie moje odbicie w lustrze i już chciałaś mi się oddać.

Jeszcze łapała się na tym, że czasami nie potrafiła znaleźć riposty na jego zadziorne teksty. Może kiedyś się przyzwyczai. Bo wątpiła, że on przestanie ich używać.

– Jesteś okropny! I nie wiem dlaczego, ale cholernie mi się to podoba!

Pokręciła głową i chwyciła dłoń Piotra. Mężczyzna w jednej chwili przyciągnął ją do siebie i pocałował ją w usta.

– Jednak mnie te błahostki trochę kręcą. Dzień dobry, kochanie.

– Dzień dobry, skarbie.

Jego spojrzenie czasami ją krępowało. On nie patrzył – on obserwował. Jak drapieżca swoją ofiarę, przygotowując się do ataku. Kiedyś nawet zaczęła się zastanawiać, czy Piotr posiadł jakimś cudem umiejętność czytania w myślach. Wiedziała, że to fizycznie niemożliwe, ale… kto wie? Może jej trafił się egzemplarz z supermocami?

– Śniadanie nie może czekać. To najważniejszy posiłek dnia. Sam mi to mówiłeś! – przypomniała i skierowała się w stronę drzwi.

Razem ruszyli w dół po schodach.

***

– Najpierw pokaż mi swoje plecy.

Piotr zdjął koszulkę, odkrywając osiem śladów, cztery nad lewą i cztery pod prawą łopatką. Oliwia syknęła na ich widok. Dziwne, że nie krzyknął z bólu.

– Trochę mi dokuczają – powiedział, wkładając z powrotem T-shirt – ale jestem ci to w stanie wybaczyć. W takich momentach człowiek nie do końca panuje nad tym, co się dzieje z jego ciałem.

– Yhm – mruknęła Oliwia, jednocześnie przygryzając wargę.

Spojrzała na Piotra z poczuciem winy. On pokręcił głową, uśmiechnął się i pocałował ją w czoło.

– Kawa?

– Czekałam, aż mi ją zaproponujesz! Oczywiście!

– Co dzisiaj wybierasz, Oliwio? Etiopia czy Brazylia? – zapytał Piotr, wskazując na dwa opakowania kawy.

Kiedy kilka miesięcy temu usłyszała to pytanie po raz pierwszy, dokonywała wyboru pomiędzy balonem, lwem i workiem z patykiem a cieknącą rurą, salamandrą ze śmigłem i orzechem laskowym – a dokładniej wyglądem opakowań palarni Johan & Nyström.

On miał na punkcie czarnego trunku klasycznego pierdolca. Specjalny dzbanek z funkcją utrzymywania temperatury. Specjalna waga, która dokonuje pomiarów z aptekarską dokładnością. Specjalny czasomierz. Specjalne kubki, mające lepiej uwalniać aromat smakowy kawy (te ostatnie uznał za przereklamowane buble, choć skrycie wierzył, że ich producent jednak mówi prawdę). Do tego posiadał podstawowy arsenał miłośnika alternatywnych metod parzenia kawy, czyli drip, chemex i aeropress, a także najnowszy nabytek – srebrny Moccamaster do „prawie bezdotykowego przelewu”.

Oliwia słyszała, że każdy facet musi mieć jakieś dziwne hobby i u niego padło właśnie na kawę. Dziesiątki nieczęsto nużących prób dobierania idealnej grubości zmielenia ziaren, temperatury czy czasu parzenia. Przekonała się do tego całego wariactwa w momencie, kiedy Piotr podał jej Etiopię z aeropressu, która smakowała jak… pomidorowa zupka z proszku firmy Amino.

Uwielbiała słuchać, jak opowiada o plantacjach, o wpływie gleby na smak kawy, zrównoważonym rozwoju czy technikach zaparzania. Widziała wtedy w jego oczach iskrę pasji i dążenie do doskonałości. Bardzo ją to kręciło.

– Dzisiaj poproszę salamandrę ze śmigłem.

Piotr szybkim ruchem otworzył opakowanie kawy i odmierzył odpowiednią jej ilość na wcześniej przygotowanej wadze. Kiedy wsypał ziarna do elektrycznego młynka, odwrócił się do Oliwii.

– Doskonały wybór. Zapraszam zatem na podróż do Ameryki Południowej, proszę zająć miejsca przy stole i poczęstować się przekąskami – powiedział, jakby zapowiadał przygodę jej życia.

– Słodki jeżu w morelach! Ty tak naprawdę?

Odpowiedział tylko głośnym dźwiękiem pracy żaren oraz szerokim uśmiechem.

– …iż jeden z porannych tramwajów… – wtrącił się głos z radia – …numer czterdzieści cztery w kierunku Osiedla Ojca Tadeusza Chwostka nagle zatrzymał się na ulicy Marii Curie-Skłodowskiej i od kilku minut blokuje trasę przejazdową innych tramwajów. Świadkowie mówią o…

Piotr przełączył bezprzewodowe radio w tryb Bluetooth, po czym otworzył aplikację Spotify na telefonie i kilkoma szybkimi ruchami włączył prawie jazzową playlistę. Prawie, ponieważ pierwszą pozycją na niej było Africa zespołu Toto. Drobna grzeszna przyjemność (albo „giltypleżyna”, jak zwykł mawiać).

W towarzystwie tych rytmów przesypał zmieloną kawę do srebrnego moccamastera stojącego obok, dolał odpowiednią ilość wody i pozwolił maszynie robić swoje. Widok pierwszych kropel w dzbanku uznał za znak, że wszystko idzie w kierunku dobrej kawy.

Śniadanie.

Kiedy odwrócił się do Oliwii, jej uwaga była skupiona na drugim już toście z nutellą i bananami. Nie zauważyła nawet, że czubek jej nosa co jakiś czas zanurzał się w czekoladowym kremie.

Piotr obserwował ją przez dłuższą chwilę. Rejestrował właśnie obraz, do którego z chęcią będzie powracać, kiedy świat zacznie go irytować. Początkowo uznał to za błahe i trochę dziwne, ale z każdym skolekcjonowanym wspomnieniem coraz bardziej to lubił.

– Kochanie. Nos.

– Jak tylko skończę trzeci – odpowiedziała z pełnymi ustami. – Jezu, one są najlepsze na świecie!

W kuchni Piotra panowała wszechobecna biel. Jej jedynym przełamaniem były dębowe blaty i kilka doniczek z ziołami, stojących w oknie wychodzącym na przydomowy ogród. Punktem centralnym była duża wyspa, przy której siedziała Oliwia. Po przeprowadzce dodał od siebie kilka srebrnych akcesoriów kuchennych, mikrofalówkę i bezprzewodowe radio Bluetooth. Choć tak naprawdę najbardziej spodobał mu się widok zza drzwi wychodzących na werandę – to właśnie on przekonał go do wynajmu.

– Jajka i bekon zostawiam tobie – stwierdziła Oliwia, wycierając nos. – Znasz może swoich sąsiadów z naprzeciwka?

– A dlaczego o nich pytasz?

Opowiedziała mu o zaobserwowanej sytuacji. Pominęła jedynie fakt, że stała zupełnie naga w oknie.

– Wyglądają na bardzo szczęśliwych.

– Rozmawiałem jedynie z Robertem. Mówił, że nie może znaleźć pracy po przeprowadzce tutaj i na razie opiekuje się małą Weroniką. Choć jak sam przyznał, sprawia mu to całkiem sporą frajdę i myśli nad pozostaniem przez dłuższy czas w domu. Jego żona to Amelia. Otrzymała posadę w laboratorium i pracuje jako krystalograf. Nasyca energią kosmiczną kryształy i sprzedaje je płaskoziemcom.

– Że co? Jaka energia? Jakie kryształy? – zdziwiła się Oliwia.

– Ja też się wcześniej nabrałem na ten żart – przyznał Piotr. – Naprawdę zajmuje się kryształami oraz substancjami kryształopodobnymi, ale bada ich strukturę i właściwości. Studiowała biologię i ta dziedzina najbardziej jej się spodobała. A sam Robert wydaje się miłym gościem. I rzeczywiście, jak opowiadał o swoich dziewczynach, to było widać, że jest w nich zakochany po uszy.

Moccamaster ucichł, co oznaczało zakończenie procesu parzenia kawy. Piotr odwrócił się do niego, wyjął dzbanek, a następnie rozlał kawę do białych kubków stojących na wyspie. Oliwia bardzo szybko zarejestrowała, że kawa pachnie orzechami.

Toto oddał właśnie miejsce Englewoodowi z utworem Downtown Downpour. Oboje spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Oliwia podeszła do radia i je wyłączyła.

– Wiesz, to było nic wielkiego, drobny small talk, jak to sąsiedzi. Pogoda, wyścigi F1, korki, kwazary, promieniowanie Hawkinga. Takie tam błahostki – dopowiedział Piotr.

– O! Zaczynasz się socjalizować z miejscową ludnością. Jestem całkowicie zaskoczona!

– Co do socjalizacji: niby zazwyczaj pogardzam ludzkością, ale fajny człowiek to fajny człowiek. Może w końcu będę miał znajomych spoza kręgu programistów piwniczaków, którzy zmieniają koszulki co cztery dni.

– Jezu, na samą myśl o tym mam mdłości!

– Co do przepoconych koszulek: niby zazwyczaj pogardzam brakiem higieny, ale porządnie napisany kod to porządnie napisany kod. Coś za coś. Albo żyjesz z ludźmi, albo żyjesz z komputerami… Kiedy patrzysz na pracującego programistę, najpierw przez jakieś sto godzin widzisz tylko linie niezrozumiałych znaków, a później wszystko ożywa i może z tego korzystać normalny śmiertelnik.

Piotr był w tym dobry. Nawet bardzo dobry. Kiedyś jedna z koleżanek w emocjach nazwała go „awangardzistą złego kodu”. W całej swojej tyradzie dorzuciła kilka przekleństw. Z technicznego punktu widzenia to określenie nie miało żadnego sensu – awangardziści byli przeciwnikami tradycji i powszechnie panujących reguł estetyki. Natomiast Piotr należał do obozu estetyki i czytelności. Zwykł mawiać, że kod pisze tak, aby inni mogli go bez problemu przeczytać.

Dziś pracował zdalnie jako programista freelancer. Miał wolność i niezależność, o jakich zawsze marzył. Koszulkę zmieniał codziennie. Dziwny typ.

Oliwia wzięła pierwszy łyk kawy.

– I jak?

– Najlepsza. Dziękuję.

Oliwia na dłuższą chwilę utopiła wzrok w widoku za werandą. Dwie mewy usiadły na drewnianej poręczy i po chwili odleciały. Uśmiechnęła się i spuściła głowę.

– O czym pomyślałaś?

– W sumie… też tak będziesz mnie żegnać, jak będę wyjeżdżać do pracy?

– Najpierw musimy się zastanowić, jak liczna będzie gromada, która będzie cię żegnać. Do czterech zdołam unieść na rękach, później może być ciężko. Za ciężko. No i może ciut za głośno? – zapytał.

Patrycja, koleżanka Oliwii, przestrzegała ją wcześniej, żeby tematu dzieci unikała przy mężczyznach jak ognia.

– Oli, jak faceci słyszą słowo „dziecko” w jakiejkolwiek wersji, to jądra zaczynają im wpadać w takie dziwne wibracje i swędzą. Oni zrobią wszystko, aby przestały. Najczęściej po prostu spieprzają od źródła tego dźwięku, czyli ciebie, najdalej, jak tylko potrafią.

– Jezus Maria! W sumie tak może być. Jak sobie przypominam swoich byłych…

– Mój ostatni facet, Fabian, pewnie go pamiętasz, prawie zabił się o framugę drzwi, jak mu powiedziałam, że chciałabym posiąść jego geny. Po roku. Spojrzał na mnie, jakbym mu co najmniej wygarnęła, że ma za małego penisa. Tak szybkiej ewakuacji do łazienki jeszcze w życiu nie widziałam.

Temat ten, kreacja nowego życia, pojawił się w ich rozmowach naturalnie. Nawet nie pamiętała kiedy. Stało się i tyle.

– Posiadanie dzieci to dobry pomysł na przyszłość. Wychowujesz kogoś, kto odbierze ci ostatnią szklankę wody na łożu śmierci.

– O tak! Czuję, że to może być najfajniejsze na świecie! – Oliwia wskazała na widok za drzwiami. – Chodź na werandę. Jest wspaniała pogoda.

– Muszę cię najpierw o coś zapytać.

– Tak?

– Masz na sobie tylko moją koszulę – Piotr zrobił krótką przerwę. – Kocyk?

– Tak, poproszę.

“Pomyślał o wszystkim”.

Słońce było już wysoko na bezchmurnym niebie, choć chłodna bryza dawała się we znaki. Trawiasta plaża za domem przechodziła w kamienisty brzeg. Dalej po horyzont ciągnęło się morze. Parę mniejszych łodzi bujało się w oddali. Mewy wzbiły się w powietrze i przeleciały nad domem. Upływ czasu był wyznaczany przez miarowy dźwięk fal.

Piotr ostrożnie usiadł na drewnianej ławce. Na jego twarzy pojawił się delikatny grymas bólu. Dotarło do niego, że będzie potrzebował kilku tabletek przeciwbólowych, aby przetrwać dzień w pracy. Oliwia przysiadła się obok. Podała mu kubek kawy, a następnie przytuliła się do niego. Nogi położyła na siedzisku. Siedzieli tak przez jakiś czas, popijając kawę.

– Ale wracając… Niestety zanim będę mogła wyjeżdżać do pracy, muszę uporać się z najbliższymi zajęciami z historii filozofii – pożaliła się z westchnieniem i spojrzała w swój kubek z kawą. Pomyślała, że jest do połowy pełny.

Optymistka. Od niedawna. „Drobna artystka i pisarka”, jak zwykła o sobie mawiać. Od zawsze.

Czuła niezwykłą wolność i siłę na myśl o możliwości kreowania własnych światów, zaczynając od niezapisanej kartki czy pustego okna programu komputerowego. Czy to tekstem, czy obrazem, czy dźwiękiem, choć najwięcej frajdy dawało jej pisanie opowiadań. Pierwsze tworzyła już w młodości. Większość z nich do tej pory nie ujrzała światła dziennego. Kiedy do nich wracała, wydawały jej się proste i infantylne. Obiecała sobie, że jak już rozkręci swojego pisarskiego bloga, to kiedyś wyda je w wersji niezmienionej w zbiorze pod tytułem O dorastaniu. Doda jedynie komentarz z punktu widzenia dorosłego.

Po doskonale zdanej maturze wybrała się na filologię polską – uznała to za naturalną kontynuację swoich zainteresowań i możliwość dalszego szlifowania warsztatu. Niestety nie wzięła pod uwagę jednej sprawy, która coraz mocniej dawała się jej we znaki.

– Ludzie są pokrzywieni. Często nawet bardzo.

– Lasia od „ekranu blokady” dalej jest taka upierdliwa?

– Nawet mi o niej nie przypominaj… A ty dałbyś już jej spokój z tą blokadą, co? – Oliwia rozchmurzyła się na tę myśl.

– Rozumiem, że przez wzgląd na waszą długą znajomość chcesz stosować dla niej taryfę ulgową – skwitował Piotr, po chwili jednak dodał: – Ale przypominam, że po tym, jak nas sobie przedstawiłaś, chciała mnie zagryźć z zazdrości i tak przez cały wieczór. Pod koniec tej nieszczęsnej imprezy, pijana, siłowała się z tym słynnym ekranem blokady swojego smartfona. Jak tylko mnie zobaczyła, oskarżyła mnie o zepsucie jej telefonu. Ja ze stoickim spokojem najpierw zapytałem ją o kod, który bez mrugnięcia okiem podała, prawie nieznanemu sobie człowiekowi, po czym wprowadziłem go i odblokowałem jej smartfona.

Oliwia już gdzieś w połowie wypowiedzi Piotra patrzyła tylko na morze.

– Takiej mieszanki gniewu i rozczarowania już dawno w niczyich oczach nie widziałem – kontynuował Piotr. – Ja rozumiem, że technologia czasami potrafi być nieprzyjazna, ale jak ktoś gubi swoją trzecią cyfrę ilorazu inteligencji, to pewnym rzeczom wcale się nie dziwię.

– Proszę cię… to mimo wszystko moja przyjaciółka!

– Dalej przyjaciółka?

– Szczerze? Nie wiem… – odpowiedziała Oliwia. – Ale chyba zaczynam rozumieć, dlaczego jej tak nie lubisz.

– Próbuje nieczystych zagrań wobec ciebie tylko dlatego, że jestem twoim facetem. To mi się najbardziej nie podoba.

– Za jakiś czas jej przejdzie i znajdzie sobie coś lub kogoś nowego, na kim będzie mogła wyładować zazdrość.

– A jeżeli nie?

Nie odpowiedziała. Wzięła tylko kolejny łyk kawy. „Jakoś to przeżyje” nie wydawało się jej właściwymi słowami.

– Nie przejmuj się nią, coś wymyślimy.

Oliwia przytuliła się mocniej do Piotra.

– Najgorsze jest to, że zaczynam opowiadać jej coraz mniej o tym, co się u mnie dzieje. Po to, by nie prowokować jej głupich zachowań.

– Odsuwasz ją, to naturalne.

– Chyba tak rzeczywiście jest. Mimo tego ona robi wszystko, aby znaleźć pretekst do zaczepki i przeciągnięcia mnie na swoją stronę. To najbardziej mnie boli. Już nawet nie myśli o mnie, tylko za wszelką cenę chce się poczuć lepiej.

Przy morskim brzegu pojawiła się para spacerująca z labradorem. Jeden z właścicieli rzucił w powietrze frisbee, a pies skoczył w pogoń za różowym krążkiem wprost do wody. Piotr i Oliwia powiedli wzrokiem za wielką mokrą kulą sierści, która właśnie wygramoliła się z morskich fal. Po chwili oboje dostrzegli, co robią, i uśmiechnęli się do siebie.

– Lubię te nasze poranki, wiesz?

– Ja też – zgodziła się Oliwia. – W życiu najważniejsze są proste rzeczy. On na pewno przyznałby mi rację. – Wskazała labradora biegającego w trawie.

Przez dłuższą chwilę obserwowali bawiącego się w oddali psa.

– Zastanawiam się, skąd w ludziach bierze się taka zazdrość – oznajmił Piotr.

– W przypadku Izy musiała zadziałać prosta rzecz. Ty, takie ciacho, to nie moja liga. Ja cię wyrwałam, a ona nie potrafiła. Zasada nienaruszalności subiektywnie wykreowanej równowagi wszechświata. Podejrzewam, że działa w przypadku innych ludzi.

Przy słowach „ciacho” i „wyrwałam” na twarzy Piotra pojawił się blask uśmiechu. Jeszcze nigdy wcześniej Oliwia go tak nie nazwała.

– Ja nie mogę być lepsza – kontynuowała – stąd gniew, zazdrość i nieczyste zagrania.

– Skąd u ciebie taka oschłość wobec przyjaciółki? – spytał Piotr.

Oliwia dała mu kuksańca.

– Przelewanie własnych frustracji na innych. Strasznie smutne.

Słońce zaczęło już mocniej grzać. Oliwia wstała i owinęła dolną część ciała w koc. Nie mogła go zdjąć całkowicie, wszak miała na sobie tylko białą koszulę Piotra. Wzięła do ręki odstawiony wcześniej na ławkę kubek z kawą i wróciła na swoje miejsce.

– Zawsze w takich momentach – zaczął Piotr – staram się zrozumieć przyczyny postępowania danej osoby, spróbować przyjąć jej punkt widzenia. Może ona jest w środku zagubiona? Albo co gorsza, w jakiś pokrętny sposób szczęśliwa dzięki temu?

– Nie rozumiem. Elaboruj! – żachnęła się Oliwia.

– Dla Izy miarą szczęścia jest porównywanie się do innych i ich deprecjonowanie. W tym właśnie tkwi problem. Jesteś gorsza, jesteś przyjacielem. Jesteś lepsza, jesteś wrogiem i naruszasz moją strefę komfortu.

– Chcesz powiedzieć, że nikt jej nie pokazał innej drogi?

– Dla nas może to się wydawać niewyobrażalne, bo my mieliśmy lepsze wzorce. Nas nauczono otwartości, poszanowania i odnajdywania przyjemności w małych, prostych rzeczach. siedzimy na werandzie domu, pijemy kawę, dywagujemy na tematy psychologiczne i patrzymy na labradora ganiającego za frisbee.

– Freudzie, wyjdź z mojego faceta!

– Za chwilę! – Mówiąc to Piotr zmienił głos na głębszy i poważniejszy. – Wracając, dla nas to normalne, ale co gdybyś od małego nie miała takich wzorców, a żyła w świecie, w którym odczuwasz ciągłą presję konkurencji, nawet ze strony rodziców, i w którym liczy się tylko stan konta?

– W sumie…

– To może być absurdalne, ale dopóki nie naruszyłaś tej cienkiej granicy między wami, dopóty wszystko było w porządku. A trwało to dość długo.

– Ta granica może i była naruszana. Jak zaczęłam analizować zachowania Izy, to wcześniej też potrafiła taka być, ale bez tej agresji. – zauważyła Oliwia.

– Dlatego najważniejsze w tym wszystkim jest to, aby mieć wsparcie od chociaż jednej osoby. – Piotr mimowolnie wskazał kciukiem na siebie. – Kogoś, kto ci powie: „Wierzę w ciebie i będę cię wspierał”. I tutaj nawet nie chodzi o pomoc, wiesz, taką materialną. Wystarczy, że będzie trzymać kciuki. To już bardzo dużo.

– Na pierwszy rzut oka możesz się ludziom wydawać bucem, ale tam w środku masz bardzo dobre serduszko.

– Buc z dobrym serduszkiem? Przed chwilą byłem dla ciebie ciachem. Cóż, za szybka zmiana zdania. – zmartwił się Piotr.

– A kto powiedział, że nie możesz być jednym i drugim?

– Punkt dla ciebie, Oliwio.

Uśmiechnęli się do siebie.

– Okej, to co można z tym zrobić? Jak to pokonać? Jak żyć? – strzeliła serią pytań Oliwia.

– Szczerze? Nie mam zielonego pojęcia. – Piotr rozłożył teatralnie ręce.

– Dzięki Freudzie za nic…

– W idealnym świecie powiedziałbym ci, żebyś do niej poszła i szczerze pogadała. Niestety ona może spróbować wydrapać ci twoje piękne oczy. A tego oboje byśmy nie chcieli. Ty ze względów praktycznych, a ja za bardzo je… lubię.

„Lubię”.

– Nie przejmuj się nią, coś wymyślimy – powtórzył po raz kolejny Piotr. – Masz jeszcze kawę?

– U mnie prawie pusto.

Piotr wstał, zabrał oba kubki i postawił je na chwilę na ławce. Labrador oraz para jego właścicieli znikali właśnie za górką. Wracali do domu – oni zrelaksowani, pies mokry i cały w błocie. Jak zawsze.

– Zanim pójdziesz je odłożyć, mam do ciebie pytanie. – zaczęła Oliwia. – Co jeszcze we mnie bardzo lubisz?

– Oprócz tego, że cała mnie cholernie pociągasz?

– Nie wykręcisz się stereotypową odpowiedzią. A jeśli chodzi o cechy charakteru? – drążyła dalej.

Piotr na chwilę zamilkł. Popatrzył się na Oliwię, na kubki, które stały na ławce, i jeszcze raz na Oliwię. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

– Nie wiem, czy zauważyłaś, ale to ja zazwyczaj po tobie sprzątam rzeczy.

„Co?”

– Co? – zapytała.

– To nie jest przytyk – starał się uspokoić sytuację Piotr. – Zastanawiałem się też, jak cię zmusić do zabierania na przykład brudnych kubków do zmywarki…

– Jeżeli to nie jest przytyk, to co to jest, Piotrze?

Zawsze to robiła. Oburzona lub zdziwiona jego zachowaniem, mówiła do niego w wołaczu. Zupełnie jakby chciała dać mu do zrozumienia, że kolejny krok będzie przekroczeniem Rubikonu. Że za chwilę nie będzie już odwrotu.

– …i doszedłem do wniosku, że nie chcę, abyś cokolwiek sprzątała.

Oliwia po raz kolejny zmarszczyła brwi. To już trzeci raz w ciągu ostatnich kilku minut.

– Wprowadzasz chaos w moje poukładane życie. I najwyraźniej coraz bardziej ten chaos lubię. Może bardziej niż lubię. Chyba nawet… – Piotr zawiesił głos na dłuższą chwilę.

„Kocham?”

– … no wiesz… kocham.

Zapadłaby głucha cisza, gdyby nie miarowy szum fal morza. Oboje zastygli, przyglądając się sobie. Piotr w półuśmiechu. Oliwia z ustami w kreskę i z szeroko otwartymi oczami. Nigdy się nie spodziewała, że pierwsze wyznanie miłości z jego ust padnie w momencie… oskarżenia? Wyobrażała to sobie zupełnie inaczej. Gdzieś na randce, w kinie, jak będą wracać z imprezy albo się kochać. Spodziewała się tego w każdej możliwej typowej sytuacji. Typowej. Chyba nawet na to czekała. Teraz po prostu nie wiedziała, jak zareagować.

– Powiesz coś? Czy będziesz tak na mnie patrzyła, jakbyś usłyszała, że jeżeli obliczysz, ile waży kamień, to dotkniesz absolutu i będziesz znała odpowiedzi na wszystkie pytania?

„A w szczególności na to jedno. Czy on właśnie w końcu powiedział, że mnie kocha?”

– To ja idę odnieść kubki, kochanie.

Piotr wszedł do mieszkania. Otworzył zmywarkę i włożył do niej brudne naczynia. Następnie oparł się o blat kuchenny. Przyglądał się swojej dziewczynie. Nie wykonała żadnego ruchu od kilkunastu sekund. Patrzyła tylko w miejsce, na którym przed chwilą siedział obok niej Piotr.

„Powinnam była się chociaż ucieszyć albo roześmiać”.

Najgorsze jest to, że od teraz ich wspólną… miłość będzie kojarzyć z zestawieniem słów „chaos”, „kubek” i „kocham”. Po chwili doszła do wniosku, że przy najbliższej okazji kupi Piotrowi kubek. Żeby za każdym razem mu przypominał, w jaki sposób pierwszy raz wyznał jej miłość. Najgorzej, jeśli on też kupi jej kubek. Będą mieli w pewnym momencie całą ich szafę. Bo pewnie na jednym się nie skończy…

Ich spojrzenia w końcu się spotkały. Na twarzach pojawiły się szczere uśmiechy. Oliwia wstała szybko z drewnianej ławki, zrzucając koc, podeszła do Piotra i namiętnie go pocałowała.

– Ja ciebie też, kochanie.

– Ja ciebie też, skarbie.

Patrzyli na siebie, obserwowali. Jak drapieżcy swoją ofiarę, przygotowując się do ataku. W ich oczach pojawiła się iskra namiętności i pożądania. Oliwia przeszła przez kuchnię w stronę schodów do sypialni. Stanęła przy nich, odwróciła się do Piotra i zaczęła rozpinać guziki białej koszuli. Wolno. Jeden po drugim.

Piotr podszedł do niej bez słowa, wziął Oliwię za rękę.

Oboje ruszyli w górę po schodach.

Opowiadania