Proste rzeczy

Opowiadania


• 25 minut

„Nie ma go” pomyślała, przewracając się w łóżku na drugi bok i próbując przytulić się do jego ciała. Otworzyła oczy i tylko potwierdziła swoje przypuszczenia. W tym samym momencie do jej uszu dotarła zapowiedź, a następnie melodia utworu „Desire” zespołu Clock Machine dobiegająca z kuchni na parterze oraz dźwięk końca pracy mikrofalówki. Trzy długie, miarowe piknięcia. Uspokoiła się i uśmiechnęła. Nie poczuła zapachu świeżo parzonej kawy. Miała nadzieję, że właśnie zabierał się za jej przygotowanie. Rano dwie rzeczy potrafiły ją obudzić – kubek wypełniony czarnym płynem z kofeiną lub jego palce delikatnie muskające jej ciało.

Sypialnia była urządzona bardzo minimalistycznie, nie licząc ich ubrań porozrzucanych na podłodze. Podwójne łóżko, obraz wiszący na ścianie nad nim, przedstawiający śnieżny górski krajobraz, duża szafa wnękowa z lustrem oraz stolik nocny. Na nim stał tylko stary elektroniczny zegarek z dużym wyświetlaczem. Czerwień cyfr oznajmiała, że jest godzina ósma trzydzieści dwie. Promienie słoneczne wpadały do sypialni przed duże okno wychodzące na ulice.

Spojrzała w lustro szafy, chcąc sprawdzić ile czasu będzie musiała spędzić w łazience, aby doprowadzić do ładu swoje długie włosy. W tym samej chwili przez jej umysł przemknęło wspomnienie ubiegłej nocy – ich wspólne odbicie, moment kiedy wbiła paznokcie w jego plecy usiłując opanować rozedrgane mięśnie, a także jego późniejszą bliskość i ciepło ciała.

Jej oddech przyspieszył.

„Hmm… Nie jest z nimi tak źle.”

Oliwia leniwie wyszła z łóżka. Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Podeszła do okna, aby je zamknąć.

Był piękny, bezchmurny poranek. Delikatny wiatr poruszał liśćmi na drzewach. Na jednym z nich ptaki wiły gniazdo przygotowując się na przyjście młodych. Jakaś kobieta właśnie wyszła z domu jednorodzinnego naprzeciwko i skierowała swoje kroki w stronę stojącego na podjeździe samochodu. Mała dziewczynka w loczkach, ubrana jeszcze w piżamkę, wybiegła za nią i swoim małym ciałkiem przylgnęła cała do jej nogi. Ona uśmiechnęła się do niej, wzięła ją w ramiona i przytuliła do siebie. Po chwili obok nich pojawiła się kolejna postać – mężczyzna ubrany w piżamę. Pocałował w policzek kobietę, przejął od niej małą dziewczynkę i, już razem oboje, zaczęli machać jej na pożegnanie. Ona właśnie udawała się w pełną korków i męczącą podróż do pracy w centrum. Choć nie jechała sama. Miała w swoich myślach jej dwie najważniejszego osoby na świecie.

Poranny chłód potrafi sprawić, że umysł człowieka przytomnieje. Choć w jej przypadku był to moment kiedy zorientowała się, iż całkiem naga stoi w oknie i gapi się na ulicę od kilku minut.

Rozejrzała się dookoła. – „Gdzie ja ją… Jest!” – Jego biała koszula leżała obok stolika nocnego.

Kiedy usłyszała skrzypienie drewnianych schodów, przeciągnęła się nieco teatralnie, wydając lekkie pomruki i obróciła się w stronę dźwięków. On stał już w drzwiach, oparty o futrynę. Miał na sobie niebieskie bokserki i białą koszulkę. Na niej doskonale widoczny był zarys mięśni jego klatki piersiowej.

– Dzień dobry! – powiedział nie spuszczając z niej wzroku. – Mam nadzieję, że dobrze spałaś?

– Dobrze, choć krótko. – ziewnęła przy tym lekko. – Ktoś nie pozwolił mi zmrużyć oka na dłużej i jeszcze nie wiem w jaki sposób ukarać tą osobę. Na ten moment zadowolę się całusem o tu… – przystawiła palec do swojego policzka. – …a później wymyślę coś gorszego.

– Nie. – zrobił niedługą pauzę. – Nie będziemy tracić czasu na takie błahostki. Wybawienie owego nieszczęśnika czeka w kuchni. Jajka sadzone z bekonem oraz, specjalność tutejszej stołówki, tosty z Nutellą i bananami. A jak i pani pozwoli… – Piotr wyciągnął dłoń do Oliwii. – …to znajdzie się kubek świeżo parzonej kawy. Zapraszam.

Ta z rękami założonymi na piersi, ani drgnęła, choć na jej twarzy pojawił się mały uśmiech. Teraz ona patrzyła na niego swoimi zielonymi oczami.

– Czy ja już dodawałem, że wygląda pani w mojej koszuli oszałamiająco?

– Kawa, jedzenie i tanie komplementy? I tym myślisz, że ja dam się tak łatwo przekonać?

– Wystarczyło, że w lustrze pojawiło się moje odbicie, a tobie nie było trzeba więcej, abyś chciała mi się oddać cała.

Jeszcze łapała się na tym, że czasami nie potrafiła znaleźć jakiejkolwiek riposty na jego zadziorne teksty. Może kiedyś się przyzwyczai. Wątpiła, że on przestanie ich używać.

– Jesteś okropny! I nie wiem dlaczego, ale cholernie mi się to podoba!

Oliwia pokręciła głową i chwyciła dłoń Piotra. Ten w jednej chwili przyciągnął ją do siebie i złożył pocałunek na jej ustach.

– Jednak mnie te błahostki trochę kręcą. Dzień dobry, Kochanie.

– Dzień dobry, Skarbie.

Jego spojrzenie czasami ją krępowało. On nie patrzył. On obserwował. Jak drapieżca swoją ofiarę, przygotowując się do ataku. Kiedyś nawet zaczęła zastanawiać się czy Piotr posiadł jakimś cudem umiejętność czytania w myślach. Wiedziała, że nie jest to możliwe z fizycznego punktu widzenia, ale… kto wie? Może jej trafił się egzemplarz z super mocami?

– Śniadanie nie może czekać. To najważniejszy posiłek dnia. Sam mi to mówiłeś! – przypomniała Oliwia i skierowała się w stronę drzwi.

Razem, ruszyli w dół po schodach.

***

– Najpierw pokaż mi swoje plecy.

Piotr zdjął koszulkę, odkrywając osiem śladów, cztery nad lewą i cztery pod prawą łopatką. Oliwia syknęła na ich widok. Dziwne, że nie krzyknął z bólu.

– Trochę mi dokuczają… – powiedział wkładając z powrotem swój T-shirt – …ale jestem Ci to w stanie wybaczyć. W takich momentach, człowiek nie do końca panuje nad tym, co się dzieje z jego ciałem.

– Yhym. – mruknęła Oliwia jednocześnie przygryzając wargę.

Spojrzała na Piotra z niemałym poczuciem winy. On pokręcił głową, uśmiechnął się i pocałował ją w czoło.

– To co? Kawa?

– Czekałam na moment kiedy mi ją zaproponujesz! Oczywiście!

– To co dzisiaj wybierasz Oliwio? Etiopia czy Brazylia? – zapytał Piotr wskazując na dwa opakowania kawy.

Kiedy Oliwia kilka miesięcy temu usłyszała to pytanie po raz pierwszy, dokonywała wyboru pomiędzy balonem, lwem i workiem z patykiem, a cieknącą rurą, salamandrą ze śmigłem i orzechem laskowym – a dokładniej wyglądem opakowań palarni Johan & Nyström. Wtedy nie miała zielonego pojęcia jaka jest różnica pomiędzy tymi zabawnymi obrazami, a dziś wiedziała, że istnieje taki rodzaj kawy i jest całkiem smaczna.

On miał na punkcie tego czarnego trunku klasycznego pierdolca. Specjalny dzbanek z funkcją utrzymywania temperatury. Specjalna waga, która dokonywała pomiarów z aptekarską dokładnością. Specjalny czasomierz. Specjalne kubki, mające lepiej uwalniać aromat smakowy kawy (te ostatnie uznał za przereklamowane buble, choć skrycie wierzył, że ich producent jednak mówi prawdę). Do tego posiadał podstawowy arsenał miłośnika alternatywnych metod parzenia kawy, czyli drip, chemex i aeropress, a także jego najnowszy nabytek, srebrny Moccamaster, do „prawie bezdotykowego przelewu”.

W pierwszym momencie Oliwia uznała, że każdy facet musi mieć swoje dziwne hobby i u niego padło właśnie na kawę. Dziesiątki nieczęsto nużących prób, dobierania idealnej grubości zmielenia ziaren, temperatury czy czasu parzenia. Przekonała się do tego całego wariactwa w momencie kiedy Piotr podał jej Etiopię z aeropressu, która smakowała jak… pomidorowa zupka z proszku firmy Amino.

Uwielbiała słuchać jak opowiadał o plantacjach, o wpływie gleby na smak kawy, zrównoważonym rozwoju czy technikach zaparzania kawy. Widziała wtedy w jego oczach iskrę pasji i dążenia do doskonałości. To bardzo ją kręciło.

W końcu dowiedziała się też, dlaczego kawiarnia znajdująca się niedaleko jej uczelni serwowała „diabelskie popłuczyny”. Na samą myśl o smaku tego „napoju” skręcało ją z obrzydzenia.

– Dzisiaj poproszę Salamandrę ze śmigłem.

Piotr szybkim ruchem otworzył opakowanie kawy i odmierzył odpowiednią jej ilość na wcześniej przygotowanej wadze. Kiedy wsypał ziarna kawy do elektrycznego młynka, odwrócił się do Oliwii.

– Doskonały wybór. Zapraszam zatem na podróż do Ameryki Południowej, proszę zająć miejsca przy stole i poczęstować się przekąskami. – powiedział niczym steward zapraszający do środka samolotu na przygodę życia.

– Słodki jeżu w morelach! Ty tak naprawdę?

Odpowiedział tylko głośnym dźwiękiem pracy żaren oraz szerokim uśmiechem.

– …iż jeden z porannych tramwajów… – wtrącił się głos z radia. – …numer czterdzieści cztery w kierunku Osiedla Ojca Tadeusza Chwostka nagle zatrzymał się na ulicy Marii Curie-Skłodowskiej i od kilku minut blokuje trasę przejazdową innych tramwajów. Świadkowie mówią o…

Piotr przełączył bezprzewodowe radio w tryb Bluetooth, po czym otworzył aplikację Spotify na swoim telefonie i kilkoma szybkimi ruchami włączył prawie-spokojną zabarwioną jazzem playlistę. Prawie, ponieważ pierwszą pozycją na niej było Africa zespołu Toto. Drobna grzeszna przyjemność (albo „giltypleżyna” jak zwykł mawiać) wprowadzona przez niego wieki temu.

W towarzystwie tych rytmów, przesypał zmieloną kawę do srebrnego Moccamastera stojącego obok, dolał odpowiednią ilość wody i pozwolił maszynie robić swoje. Widok pierwszych kropel czarnego trunku w dzbanku uznał za znak, że wszystko idzie w kierunku dobrej kawy.

Śniadanie.

Kiedy odwrócił się do Oliwii, jej uwaga była skupiona na drugim już toście z Nutellą i bananami. Nie zauważyła nawet, że czubek jej nosa co jakiś czas zanurzał się w czekoladowym kremie.

Piotr obserwował ją przez dłuższą chwilę. Rejestrował właśnie obraz do którego z chęcią będzie powracać, kiedy świat zacznie go irytować. Początkowo uznał to za błahe i trochę dziwne, ale z każdym skolekcjonowanym wspomnieniem coraz bardziej to lubił.

– Kochanie. Nos.

– Jak tylko skończę trzeci. – odpowiedziała Oliwia z pełną buzią. – Jezu, one są najlepsze na świecie!

W kuchni Piotra panowała wszechobecna biel. Jej jedynym przełamaniem były dębowe blaty i kilka doniczek z ziołami stojącymi w oknie wychodzącym na przydomowy ogród. Punktem centralnym była duża wyspa pośrodku, przy której aktualnie siedziała Oliwia i jadła tosty. Po przeprowadzce dodał od siebie kilka srebrnych akcesoriów kuchennych, mikrofalówkę i bezprzewodowe radio bluetooth. Choć tak naprawdę, najbardziej spodobał mu się widok zza drzwi wychodzących na werandę i to właśnie on przekonał go do wynajmu.

– Jajka i bekon zostawiam dla Ciebie. – stwierdziła Oliwia wycierając nos. – Znasz może swoich sąsiadów z naprzeciwka?

– A dlaczego o nich pytasz?

Opowiedziała mu o sytuacji jaką widziała przed domem. Pomijając jedynie fakt, że stała zupełnie naga w oknie. – …i wyglądają na bardzo szczęśliwych.

– Rozmawiałem jedynie Robertem. Opowiadał, że nie może znaleźć pracy po przeprowadzce tutaj i na razie opiekuję się małą Weroniką. Choć jak sam przyznał, całkiem sporą frajdę sprawia mu zajmowanie się małą i myśli nad pozostaniem przez dłuższy czas w domu. Jego żona, której wyjazd do pracy widziałaś to Amelia. Otrzymała posadę w laboratorium i pracuje jako krystalograf. Nasyca energią kosmiczną kryształy i sprzedaje je płaskoziemcom.

– Że co? Jaka energia? Jakie kryształy? – zdziwiła się Oliwia.

– Ja też wcześniej nabrałem się na ten żart. – przyznał Piotr – Naprawdę zajmuje się kryształami oraz substancjami kryształo-podobnymi, ale bada ich strukturę i właściwości. Studiowała biologię i ta dziedzina najbardziej jej się spodobała. Zaś sam Robert wydaje się miłym gościem. I rzeczywiście, jak opowiadał o swoich dziewczynach, to było widać, że jest w nich zakochany po uszy.

Moccamaster ucichł, co oznaczało zakończenie procesu parzenia kawy. Piotr odwrócił się do niego, wyjął dzbanek, a następnie rozlał kawę do białych kubków stojących na wyspie. Kawa pachniała orzechami i Oliwia bardzo szybko to zarejestrowała.

Toto oddał właśnie miejsce Engelwoodowi z utworem Downtown Downpour. Oboje spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Oliwia podeszła do radia i je wyłączyła.

– Wiesz to było nic wielkiego, drobny small talk, jak to sąsiedzi. Pogoda, wyścigi F1, korki, kwazary, promieniowanie Hawkinga. Takie tam błahostki. – dopowiedział Piotr.

– O! Zaczynasz się socjalizować z miejscową ludnością. Jestem całkowicie zaskoczona!

– Co do socjalizacji. Niby zazwyczaj pogardzam ludzkością, ale jednak fajny człowiek to fajny człowiek. Może w końcu będę miał znajomych spoza mojego kręgu programistów-piwniczaków, którzy zmieniają swoje koszulki co cztery dni.

– Jezu, ja na samą myśl o tym mam mdłości!

– Co do przepoconych koszulek. Niby zazwyczaj pogardzam brakiem higieny, ale jednak porządnie napisany kod to porządnie napisany kod.

Coś za coś. Albo żyjesz z ludźmi, albo żyjesz z komputerami… choć jest to stereotyp, który być może kiedyś znajdował swoje potwierdzenie w rzeczywistości. Teraz jest to żart powtarzany przez ludzi pracujących w IT. Tak naprawdę, nie ma co się dziwić zwykłym ludziom. Kiedy patrzysz na pracującego programistę, najpierw przez jakieś 100 godzin widzisz tylko linie niezrozumiałych znaków, a później wszystko ożywa i normalny śmiertelnik może z tego korzystać.

Piotr był w tym dobry. Nawet bardzo dobry. Kiedyś jedna z koleżanek w emocjach nazwała go „awangardzistą złego kodu”. W całej swoje tyradzie, dorzuciła kilka przekleństw tu i ówdzie, ale to nie czas i miejsce na ich przytaczanie. Z technicznego punktu widzenia to określenie nie miało żadnego sensu – awangardziści byli przeciwnikami tradycji i powszechnie panującym regułom estetyki. Natomiast Piotr był członkiem obozu tej ostatniej. Obozu estetyki i czytelności. Zwykł mawiać, że kod pisze tak, aby inni mogli go bez problemu przeczytać.

Dziś pracował zdalnie jako programista freelancer. Miał wolność oraz niezależność o jakiej zawsze marzył.

Koszulkę zmieniał codziennie. Dziwny typ.

Oliwia wzięła pierwszy łyk kawy.

– I jak?

– Najlepsza. Dziękuję.

Nachyliła się do Piotra i złożyła buziaka na jego policzku.

Śniadanie!

Nie przeszkadzało mu, że jajka oraz bekon były już zimne. Zawartość jego talerza zniknęła w oka mgnieniu.

Oliwia na dłuższą chwilę utopiła wzrok w widoku za werandą. Dwie mewy usiadły na drewnianej poręczy, aby po chwili odlecieć. Uśmiechnęła się i spuściła głowę.

– O czym pomyślałaś?

– W sumie… też tak będziesz mnie żegnać jak będę wyjeżdżać do pracy?

– Najpierw musimy się zastanowić jak liczna będzie gromada, która będzie Cię żegnać. Do czterech będę w stanie unieść na rękach, później już będzie ciężko. Zdecydowanie za ciężko. No i może ciut za głośno? – zapytał, a na twarzy Piotra pojawiło się szczere zamyślenie.

Patrycja, koleżanka Oliwii, przestrzegała ją wcześniej, żeby unikała przy mężczyznach tematu dzieci jak ognia.

– Oli, jak faceci słyszą słowo „dziecko” w jakiejkolwiek wersji to jądra zaczynają im wpadać w takie dziwne wibracje i zaczynają swędzieć. Oni zrobią wszystko, aby przestały. Najczęściej po prostu spieprzają od źródła dźwięku „dziecko”, czyli Ciebie, najdalej jak tylko potrafią.

– Jezus Maria! W sumie tak może być. Jak sobie przypominam swoich byłych…

– Mój ostatni facet, Fabian, pewnie pamiętasz tego gościa, prawie zabił się o framugę drzwi jak mu powiedziałam, że chciałabym posiąść jego geny. Po roku. Spojrzał na mnie jakbym mu co najmniej powiedziała, że ma za małego penisa. Tak szybkiej ewakuacji do łazienki to jeszcze w życiu nie widziałam.

Naturalnie. Tak, to dobre słowo. Temat ten, kreacja nowego życia, po prostu pojawił się w ich rozmowach. Nawet nie pamiętała dokładnie kiedy. To stało się i tyle.

– Uwielbiam jak starasz się udawać, że mocno myślisz.

– Dziękuję. Teraz wymyśliłem na przykład, że posiadanie dzieci to dobry pomysł na przyszłość. Wychowujesz kogoś, kto odbierze Ci ostatnią szklankę herbaty na łożu śmierci.

– O tak! I czuję, że to może być najfajniejsze na świecie! – Oliwia wskazała na widok za drzwiami – Chodź na werandę. Jest wspaniała pogoda.

– Przed wyjściem na dwór muszę o coś Cię zapytać.

– Tak?

– Z pewnością rozgrzewam Cię samym moim widokiem, jednak masz na sobie tylko moją koszulę, stąd moje pytanie. – Piotr zrobił krótką przerwę – Kocyk?

„Nawet nie wiesz jak bardzo”.

– Tak, poproszę. – potwierdziła to lekkim skinieniem głowy.

Piotr zebrał naczynia i włożył je do zlewu. Następnie podniósł zwinięty w kostkę koc, który znajdował się obok wyspy i okrył nim Oliwię. Pomyślał o wszystkim.

Słońce było już wysoko na bezchmurnym niebie, choć mimo tego chłodna bryza dawała się we znaki. Trawiasta plaża za domem przechodziła w kamienisty brzeg. Dalej po horyzont ciągnęło się morze. Parę mniejszych łodzi bujało się w oddali. Mewy wzbiły się w powietrze i przeleciały nad domem. Po tym jak Piotr otworzył drzwi, upływ czasu był wyznaczany przez miarowy dźwięk fal.

Piotr ostrożnie usiadł na drewnianej ławce. Na jego twarzy pojawił się delikatny grymas bólu. Dotarło do niego, że będzie potrzebował kilku tabletek przeciwbólowych, aby przetrwać dzień w pracy. Oliwia, przysiadła się obok. Podała Piotrowi kubek kawy, a następnie przytuliła się do niego. Nogi położyła na siedzisku. Siedzieli tak przez jakiś czas, popijając kawę.

– Ale wracając… niestety zanim będę mogła wyjeżdżać do pracy, muszę uporać się z najbliższymi zajęciami historii filozofii. – westchnęła Oliwia i spojrzała w swój kubek z kawą. Pomyślała, że jest do połowy pełny.

Optymistka. Od niedawna. „Drobna artystka i pisarka” jak zwykła o sobie mawiać. Od zawsze.

Czuła niezwykłą wolność i siłę mogąc kreować światy, zaczynając od pustej kartki papieru czy pustego okna programu komputerowego. Czy to tekstem, czy to obrazem, czy to dźwiękiem, choć najwięcej frajdy dawało jej pisanie opowiadań. Pierwsze tworzyła już w młodości. Większość z nich do tej pory nie ujrzała światła dziennego i ciekawskich oczu jej czytelników. Kiedy do nich wracała, wydawały jej się proste i infantylne. Obiecała sobie, że jak już rozkręci swojego pisarskiego bloga to kiedyś wyda je w wersji niezmienionej w zbiorze „O dorastaniu”. Doda jedynie do nich swój komentarz, z punktu widzenia dorosłego.

Po doskonale zdanej maturze, wybrała kierunek filologii polskiej jako naturalną kontynuację swoich zainteresowań i możliwość dalszego szlifowania swojego pisarskiego warsztatu. Niestety, nie wzięła pod uwagę jednej sprawy, która coraz mocniej dawała się jej we znaki.

„Ludzie są pokrzywieni. Często nawet bardzo.”

– Mam na czternastą, a muszę jeszcze skoczyć do siebie po materiały. – zaczęła tłumaczyć się Oliwia. – Ode mnie jest jakieś dwadzieścia pięć minut na kampus komunikacją, więc będę zbierać się około dwunastej.

– Lasia od „ekranu blokady” dalej jest taka upierdliwa?

– Nawet mi nie przypominaj o Izie… a ty dałbyś już jej spokój z tą blokadą, co? – Oliwia rozchmurzyła się na tę myśl.

– Rozumiem, że przez wzgląd na waszą długą już znajomość, chcesz stosować dla niej taryfę ulgową… – skwitował Piotr, a po chwili dodał – …tylko przypominam, że po tym jak nas sobie przedstawiłaś to chciała mnie zagryźć z zazdrości. W międzyczasie starała się mnie sobą zainteresować i nic jej z tego nie wychodziło. Pod koniec tej nieszczęsnej imprezy, pijana, siłowała się z tym słynnym ekranem blokady swojego smartfona. Jak tylko mnie zobaczyła, to oskarżyła mnie o zepsucie jej telefonu. Ja ze stoickim spokojem, najpierw zapytałem ją o kod, który bez mrugnięcia okiem podała, prawie nieznanemu sobie człowiekowi, po czym wprowadziłem go i odblokowałem jej smartfona.

Oliwia już gdzieś w połowie wypowiedzi Piotra, patrzyła tylko na morze. Dlaczego Iza, jej najlepsza przyjaciółka, obróciła się przeciwko niej?

– Takiej mieszanki gniewu i rozczarowania naprawdę dawno nie widziałem w czyiś oczach. – kontynuował Piotr – Ja rozumiem, że technologia czasami potrafi być nieprzyjazna, ale jak ktoś gubi swoją trzecią cyfrę ilorazu inteligencji, to pewnym rzeczom wcale się nie dziwię.

– Proszę Cię… to mimo wszystko moja przyjaciółka!

– Dalej przyjaciółka?

– Szczerze? Nie wiem… – odpowiedziała Oliwia. – …ale chyba zaczynam rozumieć dlaczego jej tak nie lubisz.

– Próbuje nieczystych zagrań wobec Ciebie tylko dlatego, że jestem twoim facetem. To mi się najbardziej nie podoba.

– Za jakiś czas jej przejdzie i znajdzie sobie coś lub kogoś nowego, na kim będzie mogła wyładować swoją zazdrość.

– A co jeżeli nie?

Tym razem nie odpowiedziała. Wzięła tylko kolejny łyk kawy. „Jakoś to przeżyje” nie wydawało się jej adekwatną odpowiedzią.

– Nie przejmuj się nią, coś wymyślimy.

Oliwia przytuliła się mocniej do Piotra.

– Najgorsze jest to, że zaczynam opowiadać jej coraz mniej o tym co się u mnie dzieje. Po to, aby nie prowokować jej głupich zachowań.

– Odsuwasz ją, to naturalne.

– Chyba tak rzeczywiście jest. – przyznała rację Oliwia. – Mimo tego, ona robi wszystko, aby znaleźć pretekst do zaczepki i przeciągnięcia mnie na swoją stronę. To najbardziej mnie boli. Ona już nawet nie myśli o mnie, tylko robi wszystko, aby poczuć się lepiej.

Przy morskim brzegu pojawiła się spacerująca para z labradorem. Jedna z osób rzuciła w powietrze frisbee, a pies skoczył w pogoń za różowym krążkiem wprost do wody. Piotr i Oliwia powiedli wzrokiem za wielką, mokrą kulą sierści, która właśnie wygramoliła się z morskich fal. Po chwili oboje dostrzegli co robią i uśmiechnęli się do siebie.

– Lubię te nasze poranki, wiesz?

– Ja też. – zgodziła się Oliwia. – W życiu najważniejsze są proste rzeczy. On na pewno przyznałby mi rację – po czym wskazała labradora biegającego w trawie.

Przez dłuższą chwilę obserwowali bawiącego się w oddali psa.

– Zastanawiam się skąd w ludziach bierze się taka zazdrość wobec innych? – zapytał Piotr.

– W przypadku Izy musiała zadziałać prosta rzecz. Ty, takie ciacho, to nie moja liga. Ja Cię wyrwałam, a ona nie potrafiła. Zasada nienaruszalności subiektywnie wykreowanej równowagi wszechświata. Podejrzewam, że działa w przypadku innych ludzi.

Na słowa „ciacho” i „wyrwałam” na twarzy Piotra pojawił się blask uśmiechu. Jeszcze nigdy wcześniej Oliwia go tak nie nazwała.

– Ja nie mogę być lepsza… – kontynuowała. – …stąd gniew, zazdrość i nieczyste zagrania.

– Skąd u Ciebie taka oschłość wobec twojej przyjaciółki? – spytał Piotr.

Oliwia dała mu kuksańca. Gdyby oboje mieli więcej kawy, właśnie musieliby się przebrać.

– Przelewanie własnych frustracji na innych. Strasznie smutne.

Słońce zaczęło już mocniej grzać. Oliwia wstała i owinęła dolną część swojego ciała w koc. Nie mogła go zdjąć całkowicie, wszak miała na sobie tylko białą koszulę swojego chłopaka. Następnie wzięła do ręki wcześniej odstawiony na ławkę kubek z kawą i wróciła na swoje miejsce.

– Zawsze w takich momentach… – zaczął Piotr. – …staram się zrozumieć przyczyny postępowania danej osoby, spróbować przyjąć jej punkt widzenia. Może ona tam w środku jest zagubiona? Albo co gorsza w jakiś pokrętny sposób szczęśliwa?

– Nie rozumiem. Elaboruj! – żachnęła się Oliwia i wyprostowała się.

– Dla Izy miarą szczęścia jest porównywanie się do innych i ich deprecjonowanie. W tym właśnie jest problem. Jesteś gorsza, jesteś przyjacielem. Jesteś lepsza, jesteś wrogiem i naruszasz moją strefę komfortu.

– Chcesz powiedzieć, że nikt jej nie pokazał innej drogi?

– Dla nas może to wydawać się niewyobrażalne, bo my mogliśmy mieć lepsze wzorce. Nas nauczono otwartości, poszanowania i odnajdywania przyjemności w małych, prostych rzeczach. Na przykład tym, że siedzimy na werandzie domu, pijemy kawę, dywagujemy na tematy psychologiczne, obserwując wesołego i rozszczekanego labradora ganiającego za frisbee.

– Freudzie, wyjdź z mojego faceta!

– Za chwilę! – mówiąc to Piotr zmienił głos na głębszy i bardziej poważny. – Wracając, dla nas to normalne, ale gdybyś od małego nie miała takich wzorców, a żyła w świecie gdzie odczuwasz ciągła presję konkurencji, nawet ze strony rodziców i gdzie liczy się tylko stan konta albo stan posiadania?

– W sumie. – przyznała rację Oliwia.

– To może być absurdalne, ale dopóki nie naruszyłaś tej cienkiej granicy podziału między wami, dopóty wszystko było w porządku. Przyznam szczerze, że dość długo to trwało.

– Ta granica mogła i być naruszana. Jak zaczęłam analizować zachowania Izy to wcześniej też potrafiła taka być, ale bez takiej agresji wobec mnie. – zauważyła Oliwia.

– Dlatego najważniejsze w tym wszystkim jest to, aby mieć wsparcie od chociaż jednej osoby. – Piotr mimowolnie wskazał kciukiem na siebie. – Kogoś kto powie Ci „Wierzę w Ciebie i będę Cię wspierał”. I tutaj nawet nie chodzi o pomoc, taką wiesz, materialną. Wystarczy, że będzie trzymać kciuki i to już będzie bardzo dużo.

– Na piewszy rzut oka to ludzie mogą Cię odbierać jako buca, ale tam w środku masz bardzo dobre serduszko.

– Buc z dobrym serduszkiem? Przed chwilą byłem dla Ciebie ciachem. Cóż, za szybka zmiana zdania. – zmartwił się Piotr.

– A kto powiedział, że nie możesz być jednym i drugim?

– Punkt dla Ciebie, Oliwio.

Uśmiechnęli się do siebie. Oboje korzystając z przerwy, napili się kawy w tym samym momencie, aby zwilżyć swoje gardła.

– Okey, to co można z tym zrobić? Jak to pokonać? Jak żyć? – strzeliła serią pytań Oliwia.

– Szczerze? To nie mam zielonego pojęcia. – mówiąc to Piotr rozłożył teatralnie ręce.

– Dzięki Freudzie za nic…

– W idealnym świecie, powiedziałbym Ci, żebyś do niej poszła i szczerze pogadała. Niestety, ona może spróbować wydrapać ci twoje piękne oczy. Tego oboje byśmy nie chcieli. Ty ze względów praktycznych, ja za bardzo je… lubię.

„Lubię”.

– Nie przejmuj się nią, coś wymyślimy. – powtórzył po raz kolejny Piotr. – Masz jeszcze kawę?

– U mnie prawie pusto.

Piotr wstał, zabrał oba kubki i postawił je na chwilę na ławce. Labrador oraz para jego właścicieli znikali za górką. Wracali do domu, oni zrelaksowani, on mokry i cały w błocie. Jak zawsze.

– Przed tym jak pójdziesz je odłożyć to mam do Ciebie pytanie. – zaczęła Oliwia. – To co jeszcze we mnie bardzo lubisz?

– Oprócz tego, że cała mnie cholernie kręcisz? – mówiąc to Piotr zakreślił w powietrzu sylwetkę Oliwii.

– Nie wykręcisz się stereotypową odpowiedzią. A od strony niematerialnej? – drążyła dalej.

Piotr na chwilę zamilkł. Popatrzył się na Oliwię, na kubki, które stały na ławce i jeszcze raz na Oliwię. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

– Nie wiem czy zauważyłaś, ale to ja zazwyczaj po tobie sprzątam rzeczy.

„Co?”

– Co? – zapytała Oliwia.

– To nie jest przytyk. – starał się uspokoić sytuację Piotr. – Zastanawiałem się też jak Cię zmusić do zabierania, na przykład, brudnych kubków do zmywarki…

– Jeżeli to nie jest przytyk, to co to jest, Piotrze?

Zawsze to robiła. Oburzona lub zdziwiona jego zachowaniem mówiła do niego w wołaczu. Zupełnie tak jakby chciała dać mu do zrozumienia, że każdy kolejny krok będzie przekroczeniem Rubikonu. Za chwilę nie będzie już odwrotu.

– …i doszedłem do wniosku, że nie chcę, abyś cokolwiek sprzątała.

Oliwia po raz kolejny zmarszczyła brwi. To już trzeci raz w ciągu ostatnich kilku minut.

– Wprowadzasz chaos w moje poukładane życie. I najwyraźniej coraz bardziej ten chaos lubię. Nawet bardziej niż lubię. Chyba nawet… – Piotr zawiesił głos na dłuższą chwilę.

„Kocham?”

– … no wiesz… kocham.

Zapadłaby głucha cisza gdyby nie miarowy szum fal morza. Oboje zastygli patrząc się na siebie. Piotr w półuśmiechu. Oliwia z ustami w kreskę z szeroko otwartymi oczami. Nigdy nie spodziewała się, że pierwsze wyznanie miłości z jego ust padnie w momencie… oskarżenia? Wyobrażała sobie to w zupełnie inny sposób. Gdzieś na randce, w kinie, jak będą wracać z imprezy albo kochać się. To ostatnie ona najbardziej na świecie koch… Spodziewała się tego w każdej możliwej typowej sytuacji. Typowej. Nawet chyba czekała na to. Teraz po prostu nie wiedziała co powiedzieć. Najzwyczajniej na świecie.

– Powiesz coś? Czy będziesz tak na mnie patrzyła jakbyś usłyszała, że jeżeli obliczysz ile waży kamień to dotkniesz absolutu i będziesz znała wszystkie odpowiedzi na wszystkie pytania.

„A w szczególności na to jedno. Czy on właśnie w końcu powiedział, że mnie kocha?”

– To ja idę odnieść kubki, kochanie.

Piotr wszedł do mieszkania. Otworzył zmywarkę i włożył do niej brudne kubki. Następnie oparł się o blat kuchenny cały czas przyglądając się swojej dziewczynie. Ta nie ruszyła się od kilkunastu sekund. Patrzyła tylko w miejsce w którym obok niej siedział Piotr.

„Powinnam była się chociaż ucieszyć albo roześmiać”.

Najgorsze jest to, że od teraz ich wspólną… miłość będzie kojarzyć poprzez zestawienie słów chaos + kubek + kocham. Po chwili doszła do wniosku, że przy najbliższej okazji kupi mu kubek. Żeby za każdym razem mu przypominał w jaki sposób pierwszy raz wyznał jej miłość. Najgorzej jak on też kupi jej kubek. Będą mieli w pewnym momencie cała ich szafę. Pewnie na jednym się nie skończy…

Ich spojrzenia w końcu się spotkały. Na ich twarzach pojawiły się szczere uśmiechy. Oliwia wstała szybko z drewnianej ławki, zrzucając koc obok niej, podeszła do Piotra i namiętnie go pocałowała.

– Ja Ciebie też, Kochanie.

– Ja Ciebie też, Skarbie.

Teraz patrzyli na siebie. Obserwowali siebie. Jak drapieżcy swoją ofiarę, przygotowując się do ataku. W ich oczach pojawiła się iskra namiętności i pożądania. Oliwia przeszła przez kuchnię w stronę schodów do sypialni. Stanęła przy nich, odwróciła się do Piotra i zaczęła rozpinać guziki swojej białej koszuli. Wolno. Jeden po drugim.

Piotr podszedł do niej bez słowa, wziął Oliwię za rękę, przyciągnął ją do siebie i złożył pocałunek na jej ustach.

Po chwili oboje ruszyli w górę po schodach.

Udostępnij

Skomentuj

Sprawdź inne

Coś krótszego?