Burza

„Po każdej burzy wychodzi Słońce, a później rodzi się tęcza.” ~ Autor nieznany

25 minut

– Nie… Proszę, nie…

Peter zerwał się. Obudził się zlany potem, ciężko dysząc. Znów ten sam koszmar wyciągnął go z objęć Hypnosa. Choć w tym przypadku mogłoby się wydawać, że brat – Tanatos – przejął w ostatnim miesiącu wartę przy jego łóżku i, na szczęście nieudolnie, próbuje wpędzić go do grobu w czasie snu.

W jego koszmarze, po raz kolejny widział ową ciemnowłosą dziewczynę. Po raz kolejny nie potrafił jej uratować. Jej ręka znów wyślizgnęła się z jego. Znów spadała w dół klifu, który wydawał się nie mieć końca. Zawsze kiedy miała uderzyć o morskie fale, on zrywał się. Pamiętał ten sen. Robił wszystko, aby nie doszło do tragedii. To nic nie dawało. Żadnego rezultatu. Żadnej poprawy.

Dochodziła siódma rano. Zachmurzone niebo leniwie przesuwało się nad zatoką. Prognoza pogody dziś wyjątkowo sprawdziła się. W oddali dostrzegalna była ciemna chmura, powoli zbliżająca się do portu. Biały kolor latarni morskiej odcinał się na jej tle kontrastowo. Portowe flagi delikatnie powiewały na wietrze. Niewiele statków wypłynęło o poranku i większość dumnie bujała się na wodzie. Ktoś właśnie majstrował przy silniku jednej z nich.

On nie mógł już zasnąć. Nie potrafił. Lęk przed powtarzającą się senną zmorą nie pozwoliłby mu zamknąć oczu. Rozpoczął więc swój codzienny, poranny rytuał.

Najpierw radio. Lubił wiedzieć co dzieje się w okolicy. KB Radio na 103.4FM było chyba jedyną znośną stacją w tej części Wszechświata. Choć tak naprawdę Peter uwielbiał poranną prezenterkę, a dokładnie jej barwę głosu. Po tym jak raz umówił się z nią na kawę, miał dosyć realnej pani Harper. Okazała się o wiele nudniejsza, opryskliwa i niezbyt elokwentna niż jako narrator poranka bujający na falach radiowych. W pewnym momencie przyznała się nawet, że wcześniej układa swoje teksty jakie wypowiada podczas audycji. Większość inspiracji znajduje w Internecie.

– Wiesz, ludzie mnie kochają za nie. Nic tak nie poprawia poranka jak głos Kate Harper. Jestem w tym najlepsza! – chwaliła się, po czym dodała – Nie mam portfela. Mam nadzieję, że zapłacisz za moją kawę?

Zapłacił. Na szczęście ostatni raz. Boże…

Kiedy szarą i wietrzną rzeczywistość zaczął umilać głos Leonarda Cohena, on zabierał się do zaparzenia kawy w ekspresie przelewowym. Musiał na chwilę zagłuszyć artystę młynkiem do kawy. Naklejka na ekspresie przypominała mu o tym co najważniejsze w tym momencie. Sześć gramów kawy na sto mililitrów wody. Jego waga kuchenna nie działała prawidłowo. Miał ją kilka tygodni temu oddać do naprawy, ale uznał, iż to nie ma sensu. Używał jej tylko do rytuału przyzywania czarnych mocy kofeiny. W jego przypadku idealnie to 15.4. Z wodą nie miał tego problemu. Miarka na dzbanku pozwalała odmierzyć całość z aptekarską dokładnością – 300.

Woda. Pokrywa. Filtr do dripa. Zmoczyć filtr. Kawa. Dzbanek. Drip. Włącznik. Oczekiwanie.

– Ach, co ja bym zrobiła, aby choć na chwilę dotknąć pana Cohena… – wtrąciła się pani Harper swoim słodkim głosem – to moje małe, skryte marzenie. Zapewne wasze też. Pamiętajcie, że dziś meteorolodzy zapowiadają sztorm. Za oknami wieje, a z mojej latarni widzę srebrno-niebieską chmurę, która powoli zbliża się do naszego portu. Mam prośbę do wszystkich lokalnych wilków morskich: Jeżeli nie musicie, nie wypływajcie w morze. W innym przypadku, komu ja będę zawracała głowę o poranku. Weźcie sobie to do serca. To byłam ja, wasza jedyna i niepowtarzalna Lady Harper z porannej audycji KB Radio.

– Lady „Google” Harper – dodał w myślach Peter i uśmiechnął się.

Usiadł na chwilę przy stole. Dom zaczął wypełniać się zapachem świeżo parzonej kawy. Odblokował swojego smartphone’a. Jedna wiadomość na prywatnym mailu. Kilkanaście maili na skrzynce pracowniczej. Rozpoczynał od 9:00, więc miał jeszcze trochę czasu. Życie freelancera programisty w oddalonej od cywilizowanego świata mieścinie nad morzem. Poranne briefy przez Skype zawsze przechodził siedząc w bokserkach. Kiedyś uznał, że to infantylne zachowanie, ale po prostu nie mógł się powstrzymać. To była wolność o jakiej zawsze marzył.

Kiedy zaczął przeglądać timeline swojego Twittera i przedzierać się przez zbiory cytatów, wiadomości z branży i tony śmiesznych kotów, do rzeczywistości przywołał go zapach jego koszulki.

Prysznic. To zdecydowanie dobry pomysł Peter.

– Ale… – powiedział do siebie, jego oczy szybko przeskoczyły z lewej na prawą. Wstał, podszedł do szafy, aby wyciągnąć „te” ciuchy.

„Te” ciuchy. Domowe ciuchy. Rzeczy na co dzień. Różnie określa się owe ubrania. Stare, niezdatne do pokazywania się w miejscach publicznych koszule czy dziurawe spodnie. „Te” trupy w naszej szafie. Każdy nie chce ich wyrzucać, bo trzymają się przy nas dzięki sentymentom.

Peter założył poplamiony, zielony t-shirt z logo Half-Life, przedarte jeansy, delikatnie rozdartą pod pachą bluzę dresową z kapturem. Do tego trampki, które czas swojej świetności miały kilka, o ile nie kilkanaście miesięcy temu. Na pierwszy rzut oka wyglądał jakby udawał się na jogging. I o to chodziło.

Gdy wychodził z domu, poczuł gęsią skórkę. Zapomniał sprawdzić jaka temperatura naprawdę panuje na dworze. W pierwszej chwili przestraszył się przeziębienia. „Przecież wrócę za maksymalnie piętnaście minut”, pomyślał. „Nic mi się nie stanie. Po powrocie wezmę witaminę C i będzie dobrze”. Jego mama nie byłaby zadowolona. To dziwne jakie myśli czasami przechodzą przez naszą głowę. Jakie obrazy nasz mózg łączy w pary.

Przeszedł przez ulicę dość szybko, robiąc przy tym wymachy ramion. Rozgrzewka. Bo to pierwsze co robią biegacze, nieprawdaż? Zachowywał się przy tym jak rasowy amator, ale nie to zaprzątało jego głowę. Ciemne, burzowe chmury była już prawie nad mariną.

Kiedy przebiegł truchtem obok znaku „Silver Bay wita”, usłyszał trzask pioruna, a wiatr zaczął delikatnie przybierać na sile. Było coraz zimniej. Zawahał się i miał wrócić do domu, ale był za blisko swojego celu. Skierował się na molo numer trzy. Najdłuższe w całym porcie i najbardziej wysunięte w morze.

Statki, jachty, łodzie. „Rose Marry”, „Jadeitowy smok”, „Alabama”. Nigdy nie rozumiał co kieruje ludźmi podczas nadawania nazw ich okrętom. Były ich tam dziesiątki. Obiecał sobie, że nadejdzie czas, kiedy kupi swój własny. Chciał wyruszyć w kilkumiesięczną podróż po wybrzeżach Europy. Najlepiej z kimś bliskim. Dwa, może trzy lata i jego marzenie się spełni. Po powrocie jakoś sobie poradzi z rzeczywistością. Trudno będzie mu znaleźć pracę, bo tak długi urlop nie wchodził w grę. Prawdopodobnie będzie to najstraszniejsze dwanaście minut jego życia.

Stanął na końcu pirsu. Spojrzał we wzburzone morze. Coś w nim drgnęło. Srebrno-niebieski obłok, który znalazł się tuż nad nim uznał za jednocześnie zachwycający, ale i gwałtowny, niebezpieczny. Wiedział jaka siła się za nim kryje. Wiedział, iż nie powinien znaleźć się w tym miejscu, ale stał i podziwiał go. Nigdy nie widział czegoś tak pięknego.

Zaczął padać deszcz.

Drobne krople zaczęły moczyć ubranie Petera. Ściągnął kaptur z głowy, po czym spojrzał w górę i zamknął oczy. Chciał poczuć jak woda spływa po jego twarzy. Rozluźnił się. Deszcz nabierał coraz bardziej na sile.

Rozłożył ręce.

„O to mi właśnie chodziło”, pomyślał. Uwielbiał ten moment. Gdzieś w głębi serca wierzył, że ten rytuał go oczyszcza. Robił to zawsze, gdy chciał wyzbyć się wszelkich smutków, rozterek i problemów dnia codziennego. Otworzył oczy, aby po raz kolejny zacząć podziwiać to co stworzyła natura, a teraz znajdowało się nad nim.

Wiatr zaczął dąć z niebywałą siłą. Robiło się coraz zimniej. Fale zaczęły wzbierać i żywiołowo uderzać o konstrukcje molo. Ktoś machał i krzyczał w jego stronę, ale Peter nic nie słyszał. W uszach miał tylko świst.

Cały świat pokazywał mu, że powinien wiać w tym jednym momencie, ale on dalej wpatrywał się w chmurę nad sobą. Piękno. Niebywałe piękno. Zdradzieckie piękno.

Z otumanienia wyciągnął go dźwięk syreny alarmowej. Spojrzał w tył. Ktoś wskazywał bardzo nerwowo na coś przed nim, krzyczał do niego i uciekał do portu. Peter odwrócił się. Po lewej stronie horyzontu zauważył zbliżający się huragan.

„O kurwa…” przemknęło przez jego głowę. Chwilę później rzucił się do ucieczki.

Biegł ile sił w nogach. Najszybciej jak potrafi. Każdy mięsień, każda komórka w jego ciele zrozumiała, że to jedyna szansa na przetrwanie.

Jeden ze statków zerwał się z cum i z impetem wbił się w drewniane molo tarasując Peterowi drogę ucieczki. Przez zimny, huraganowy wiatr ledwo trzymał się na nogach. Dobiegł do blokady. Oddychał ciężko. „Gdyby biegał byłoby lepiej z moją kondycją…” pomyślał, ale od razu odrzucił od siebie tę myśl. Nie teraz.

„Gdzie? Do wody? Nie. Tam? Nie doskoczę. Burta jest za wysoko.” Choć spróbował. Nic z tego. Rozejrzał się w lewo. W prawo. Kątem oka dostrzegł zbliżający się żywioł. Myśli przepływały przez jego głowę strumieniem, choć coraz częściej powtarzało się w jego umyśle jedno pytanie – „Gdzie? Gdzie? Gdzie? Gdzie? Gdzie?”.

Inne łajby bujały się coraz silniej wzdłuż molo. Fakt, że jego oczy zalewała ogromna ilość wody wcale mu nie pomagał.

„Idzie po mnie. MYŚL!”

Cofnął się. Wziął rozpęd. Skoczył. Złapał się metalowej poręczy jednej z mniejszych łodzi. Choć jej burta była pokryta śliskim lakierem, wciągnął się na pokład. Kosztowało go to wiele wysiłku. Przez chwilę nie wstawał. Choć wiedział, że jeżeli ma wyjść z tego koszmaru w jednym kawałku, musi działać.

Gdy podnosił się, aby przeskoczyć na kolejny statek, coś z hukiem przecięło powietrze nad jego głową. Nie zastanawiał się nad tym. Musiał dotrzeć na molo numer 2, do którego zacumowany był statek przed nim.

Kolejny skok… i poślizg przy wybiciu się w powietrze.

Twarde lądowanie powinno zaboleć, ale ilość adrenaliny w jego krwi na to nie pozwoliła. Rana była powierzchowna. Rozdarł sobie bluzę, a jego bok zaczęły smagać krople deszczu. Zeskoczył na ledwo trzymający się pirs numer dwa i pomimo wycieńczenia, zaczął biec w stronę portu.

***

Nigdy nie pomyślałby, że widok bilbordu z krajobrazem Silver Bay tak go ucieszy. „Samochód. W głąb lądu”. W stresie myślał krótkimi, żołnierskimi zdaniami. Choć w tym przypadku myślał to duże nadużycie.

Kiedy wspiął się na szczyt schodów prowadzących na ulicę, zobaczył dramatyczny widok. Srebrno-niebieski huragan powoli zaczynał zbierać swoje żniwo. Chciał tylko zabierać. Niszczyć. A po wszystkim pozostawiać jak zepsutą zabawkę.

Drewniany szkielet szczytu budynku, który przed godziną był sklepem z pamiątkami, górował nad drogą z uszkodzonymi samochodami. Dach z impetem wbił się w kawiarnię obok. Jedno z aut było rozbite przez przydrożne drzewo. Co jakiś czas w powietrze były podrywane gazety i nieduże przedmioty. Dla tej małej mieściny był to dopiero początek koszmaru.

Kiedy przebiegał obok kafejki, spojrzał w jej zniszczoną witrynę. Wtedy dostrzegł ją. Dziewczynę o ciemnych włosach siedzącą przy zwalisku drewna i blachy. Szlochała. Patrzyła na swoje uwięzione nogi i drapała paznokciami w belkę, jakby chciała ją rozszarpać na strzępy.

– Jesteś cała? – krzyknął, choć po chwili to wydało mu się głupie. Kiedy oglądał filmy zawsze wrzeszczał do telewizora, aby postać jak najszybciej pomogła drugiej osobie, a nie stała jak kretyn.

Nie odpowiedziała. Wszedł do środka przez rozbitą witrynę. Szkło rozsypało się w drobny mak i chrupało mu pod nogami. Szedł uważnie, bo w połączeniu z wodą zaczęło być śliskie jak lód. Kiedy znalazł się w budynku poczuł się trochę lepiej. Wcześniej nawet nie zauważył, że dygotał z zimna. Był cały przemoczony. W swoich „tych” ciuchach.

Podszedł do kobiety i przykucnął obok niej. Chciał złapać ją za ramię, ale ta natychmiast wyrwała się i kontynuowała swoje rozpaczliwe skrobanie.

– Czujesz swoje nogi?

Dalej nic. Była roztrzęsiona. Nie spojrzała na niego ani razu.

Dotknął jej ramienia, ale ta natychmiast uderzyła go w rękę.

– Nie… muszę… pozbyć się… tego… – wymamrotała po cichu.

Nawet przez moment nie spojrzała na Petera. Nie przerywając szlochu, dalej drapała. Uznał, że jakiekolwiek próba przywołania jej do rzeczywistości spełźnie na niczym.

Chwycił belkę oburącz i podjął próbę. Wkładał w to co robił całą swoją siłę. Napiął każdy mięsień w swoim ciele, ale w tym samym momencie poczuł boleśnie swój bok i ranę, której nabawił się podczas skoku na molo. Poddał się.

– Poczekaj chwilę. Zaraz coś znajdę, aby to podważyć. – powiedział Peter chwytając się za bok.

Ona tylko szlochała.

– Zaraz wrócę.

Wiatr nieznacznie zelżał na sile, choć woda dalej lała się strumieniem z nieba.

Podszedł do drzwi na zaplecze. Zamknięte. Przeszedł za kontuar. Gdzie mogą być klucze?

„Pewnie zabrał je właści…”, nie dokończył tej myśli. Nie musiał.

Pod jedną z belek leżał twarzą do podłogi w jasnoczerwono-brązowo-białej kałuży. Obok pudełka z mlekiem, znajdowała się rozbita i zakrwawiona szklanka do cafe latte. Rana na jego szyi była dość głęboka. Musiał na nią upaść. Peter miał nadzieję, że długo nie cierpiał.

„Kompletnie bezsensowna śmierć”, pomyślał.

Podszedł do niego i z obrzydzeniem przeszukał jego kieszenie. Musiał to zrobić. Cokolwiek tam miał, jemu już się nie przyda. Znalazł pęk kluczy. Szybko wstał i podszedł do drzwi. Udało się za trzecim razem.

Wszedł do środka. Było tam niezbyt jasno. Światło wpadało jedyne przez małe okno, które, na szczęście, było w całości. Świat za nim ciągle przypominał piekło. Rozejrzał się. Akcesoria do ekspresów, spory zapas kawy, woda, mleko, środki czystości, kilka pustych kartonów. To nie pomieszczenie techniczne. To raczej spiżarnia. Nie mógł znaleźć nic, co pomogłoby mu podważyć ten cholerny kloc drewna. „Jezu. Cokolwiek”. Jego wzrok jeszcze raz przebiegł po wnętrzu pomieszczenia. W głębi zauważył jedynie kurtkę z logo kawiarni. Wziął ją. W tej temperaturze na pewno się jej przyda.

Kiedy odwracał się do wyjścia usłyszał huk. Poczuł jak budynek w którym się znajdował, zatrząsł się. Wbiegł do głównej sali. Coś uderzyło w witrynę i przesunęło zniszczony dach. Podszedł do uwięzionej kobiety. A raczej uwolnionej. Jej nogi były okrutnie poobijane, ale w całości. Pomógł jej wstać i okrył ją kurtką.

– Hej, jesteś ze mną?

Zaczęła coś mówić, bardzo cicho. Przy tym tępo patrzyła się na świat przed siebie. Po chwili potrafiła już ustać na nogach o własnych siłach.

– M…Mój mąż…i moja…moja kruszynka…już idę… – wymamrotała.

Ani się obejrzał, a dziewczyna o ciemnych włosach zaczęła wychodzić przez witrynę. Zrobiła to niezwykle sprawnie, pomimo mieszanki rozbitego szkła i wody pod nogami. Po chwili była już na dworze i była już całkowicie przemoczona. Peter próbował wyjść za nią.

– Zaczekaj! – krzyknął.

Ale ona go nie słuchała. Nie dostrzegła również nadjeżdżającego z dużą prędkością auta. W jednej sekundzie samochód przeciął pole widzenia Petera i zniknął razem z sylwetką dziewczyny. Pozostała tylko kurtka, którą znalazł w spiżarni, a która właśnie upadała na ziemię.

Kierowca nie zatrzymał się. Pojechał dalej.

Ciemne włosy. Ta prosta myśl przebiegła przez mózg Petera jak błyskawica, która pojawiła się na niebie.

„Ale… jak?”, pomyślał bezradnie.

Czy był to tylko prosty zbieg okoliczności, który dałoby się jakoś racjonalnie wytłumaczyć? Czy Wszechświat w snach przygotowywał go do tego momentu przez ostatni miesiąc?

Nie uratował jej. Po raz kolejny.

Drzwi niewielkiego domu obok otworzyły się. Wybiegł z nich mężczyzna z brodą mający na oko 30 lat. Rybak? Miał na sobie płaszcz przeciwdeszczowy wykonany z błyszczącego pomarańczowego materiału i zielone kalosze. Podbiegł do ciemnowłosej dziewczyny. Sprawdził tętno. Po chwili rozejrzał się dookoła.

– Hej! Ty! – krzyknął ile sił w płucach w stronę Petera.

Do niego to nie dotarło. „To irracjonalne. Absurdalne. Nie może być.”, powtarzał sobie jak mantrę w głowie. Stał tam pod baldachimem zniszczonej kawiarni, smagany wiatrem i deszczem, nie mogąc przetworzyć tego co przed chwilą się stało. Ocknął się po tym jak „pomarańczowy” rybak uderzył go w twarz.

– Jesteś ze mną? Musimy się schować. Jej już nie pomożemy – wskazał za siebie i pociągnął za rękę Petera w stronę swojego domu.

***

Burza szalała na zewnątrz i chciała wedrzeć się do środka mieszkania, toteż Peter musiał z całej siły pociągnąć za drzwi wejściowe, aby je zamknąć. Bezpieczny. Na ten moment.

Musiał chwilę odczekać, aby wzrok dostosował się do półmroku panującego wewnątrz. Po jego lewej stronie znajdował się wieszak z kurtką puchową oraz pomarańczowym płaszczem przeciwdeszczowym, dokładnie takim samym jaki nosił jego człowiek, który przed chwilą wciągnął go do swojego domu. Poniżej, na sporym stojaku, stał szereg butów oraz kilka par damskich szpilek.

„Żona? Córka? Jego?”

Wyjaśnienie tej kwestii znalazł wetknięte w ramę lustra, które również wisiało w przedpokoju. Zdjęcie, na którym uśmiechał się wraz z młodą dziewczyną o kasztanowych włosach. Zrobione zostało na plaży w Silver Bay. Dokładnie 2 lata temu. Skąd wiedział to Peter? Miejscowi mieli pewien zwyczaj. Co roku, podczas rutynowej renowacji latarni morskiej, przemalowywali jej pasy na inny kolor. W palecie był czerwony, niebieski, zielony, brązowy oraz czarny. Każda z barw powtarzała się dokładnie co 5 lat.

– Widzę, że Twój wzrok przykuła Ariel.

– Jest piękną kobietą. – powiedział Peter, jedyne co wydawało mu się odpowiednie w tym momencie.

– Tak, to moja żona. Mój aniołek… – przeciągnął smutnie rybak – Rozmawiałem z nią przez telefon. Sygnał się urwał w momencie kiedy mówiła, że burza była już blisko. Rozpoznałem strach w jej głosie. Ariel pracuje w ośrodku badawczym trzy kilometry wgłąb lądu. Kieruje zespołem ds. meteorologii. – przerwał na chwilę i wyciągnął rękę w stronę Petera. – jakoś wcześniej nie było okazji. Jestem Martin. Pływam na kutrach rybackich od kilkunastu lat. Miejscowy.

„Pomarańczowy Martin. Hmm…”

– Peter. Jestem programistą. – zatrzymał się na chwilę, aby pomyśleć jak wytłumaczyć czym się zajmuje i nie złamać kilku umów o poufności – zajmuję się procesami automatyzacji i przetwarzaniem danych. Miejscowy od niedawna. Zamieszkałem tutaj kilka miesięcy temu.

– Nigdy Cię wcześniej nie widziałem na mieście. Pewnie siedzisz tylko przy komputerze. – Martin uśmiechnął się półgębkiem – Co Cię przywiało do Silver Bay?

„Przywiało”.

– Cisza i spokój. I odległość od pewnej jednej zołzy…

– Rozumiem. – otworzył drzwi po prawej stronie i wszedł do środka – tutaj masz szafę z suchymi ubraniami. Chyba nie chcesz nabawić się hipotermii?

W tym samym momencie podmuch wiatru sprawił, że drewniana konstrukcja budynku dość mocno zaskrzypiała.

– Proszę tylko pośpiesz się. Ten budynek może dłużej nie wytrzymać. Przygotowywałem się do wyjazdu, kiedy przez okno zauważyłem co stało się przed kawiarnią. Znałeś ją?

Peter zaczął oglądać zawartość szafy.

– Nie, kiedy przebiegałem obok kawiarni, zauważyłem ją w środku. Była pod zwaliskiem belek. W ciężkim szoku. Kiedy jej pomogłem, po prostu wybiegła i… – przerwał Peter i zamyślił się.

„Ciemne włosy”.

– Możliwe, że jest jedną z letników. Sporo ostatnio się ich tutaj kręciło. Są wakacje, a ludzie z miasta wybierają Silver Bay, bo przyciąga ich to samo co Ciebie. Spokój i cisza.

Martin wyszedł i za chwilę wrócił z ręcznikiem. Peter wyciągnął bluzę dresową. Odpowiedni rozmiar.

– Ariel przewidziała tę burzę, ale stare morskie wygi nie chciały jej uwierzyć, iż będzie miała taką siłę. Zrobiła jeden poważny błąd. Wspomniała, że to wszystko przez zmiany klimatu. Jak to usłyszeli to stwierdzili, że „jajogłowe debile” przegrzały swoje mózgi od przeglądania cyferek i gadają głupoty. „To tylko pieprzona propaganda ekologów zabierających nam pracę”. Teraz mają swoją pieprzoną propagandę w formie największego skurwysyństwa jakie widziała ta ziemia. – Martin podniósł głos wypowiadając ostatnie zdanie, po czym zrobił przerwę, westchnął i kontynuował – Mam nadzieję, że Ariel nic nie jest…

– Jesteś pewien, że chcesz jechać samochodem w taką pogodę?

– A mam inne wyjście?

Cały komplet ubrań.

– Szybko. Nie ma czasu. Musimy się zbierać. – rybak wyszedł do kuchni i zaczął zbierać najpotrzebniejsze rzeczy.

Peter nie oponował. Pójście do jego własnego domu było idiotycznym pomysłem, biorąc pod uwagę, że mógł nie mieć nawet do czego wracać. Jazda samochodem w taką pogodę również nie była szczytem marzeń, ale gdy pomyślał, że jedyną alternatywą było czekanie na koniec tutaj…

Wytarł się do sucha i szybko zmienił ubranie. W przedpokoju czekał na niego „pomarańczowy Martin” z płaszczem przeciwdeszczowym w ręku.

– Przyda Ci się. – powiedział wręczając go Peterowi.

Następnie skierował kroki w stronę jedynych nieotwartych drzwi w sieni.

Za nimi czekał czerwony Ford F-150. Duma amerykańskiego koncernu motoryzacyjnego założonego w 1903 roku przez Henr’ego Forda. Ponad 100 lat tradycji. Od rewolucyjnego Forda T do tej „pickupowej” bestii. Peter czasami zastanawiał się ile te cholerstwa palą benzyny i dlaczego granica spalania rosyjskich czołgów z II Wojny Światowej jest tak łatwa do przekroczenia w dzisiejszych czasach. Elektryczne samochody? Ekologia? Typowy Amerykanin miał to kompletnie w dupie. Czym dłużej stał na stacji paliw, im więcej cyferek przekręciło się na dystrybutorze, tym był bardziej dumny. A ostrzeżenia o niszczycielskich huraganach spowodowanych zmianami klimatycznymi uznają za „pieprzoną propagandę”…

Wewnątrz przydomowego garażu słychać było tylko ostry szum kropel rozbijających się o dach wymieszany ze świstem podmuchów wiatru.

Peter opadł na fotel pasażera. Był już zmęczony przeciągłym stresem. Marzył teraz tylko, o ciepłym łóżku i kawie… którą zaparzył rano, a do tej pory nie wypił. Dzień dopiero się zaczynał. Komputer pokładowy forda pokazywał godzinę 7:53. Za godzinę powinien siedzieć przed swoim laptopem i oczekiwać na poranny briefing. Szkoda, że nie wziął ze sobą telefonu. Przynajmniej poinformowałby swojego pracodawcę, iż może się trochę spóźnić. Tak kilka dni.

Ta myśl została mu w głowie na chwilę. Kiedy wyjeżdżali z garażu, zawierucha zakołysała lekko fordem na lewą stronę. Martin wjechał na drogę, wcisnął pedał gazu, a we wnętrzu auta zabrzmiał silnik V6.

Peter zapiął pas bezpieczeństwa. Wycieraczki nie dawały radę z odprowadzaniem wody z przedniej szyby samochodu. Ale on tego zupełnie nie zauważył. Przyglądał się zdewastowanemu Silver Bay.

– Ludzie właśnie tracą całe dobytki swojego życia. – wtrącił się Martin, próbując dojrzeć cokolwiek przed sobą. Przyśpieszył nieco.

Jechali w szumie wiatru i silnika samochodu. Peter włączył radio próbując złapać jakąkolwiek stacje. KB Radio nie nadawało. „Przecież ich studio pewnie już nie istnieje”. Pomyślał o Lady „Google” Harper. Czy udało jej się uciec? Czy jest bezpieczna? Zapewne te dwa pytania zadawali sobie wszyscy w Silver Bay oraz ich bliscy.

„Czy ktoś martwi się o mnie?”, pomyślał Peter. W tym samym momencie wyłączył radio. Zaczął wpatrywać się w pogorzelisko za oknami. Wiatr i deszcz robiły z miastem co chciały. Przecież ostrzegano…

Wyjechali za miasto. Ośrodek badawczy powinien być juz niedaleko. Po dłuższej chwili ciszy, a raczej szumu, Peter spojrzał na „pomarańczowego” Martina. Chciał jakoś zagadać, powiedzieć coś mądrego, dodać otuchy. Jedyne co wymyślił to:

– A ryby biorą w tym roku?

„Jesteś zjebany”.

– To był naprawdę dobry rok. Nigdy natura nas tak hojnie nie obdarzyła. – odpowiedział Rybak ku zaskoczeniu Petera. Spojrzał na niego i uśmiechnął się. – Mieliśmy z Ariel wyjechać na południe i odpo…

Ogłuchł. Nie wiedział co się stało. Poduszka powietrzna wystrzeliła mu w twarz, a na rękach poczuł drobiny szkła. Po chwili, kiedy poradził sobie z biały obłokiem przed sobą, Peter spojrzał w przód osłaniając oczy przed wiatrem i deszczem. Przecież był w środku auta!

W kabinie zauważył coś dziwnego. Skąd wzięły się tutaj gałęzie? Liście? Odpowiedź znajdowała się przed samochodem.

Drzewo.

Martin leżał na kierownicy nieprzytomny. Poduszka powietrzna nie zdała egzaminy. Peter chciał sprawdzić czy wszystko jest okey z jego kierowcą, ale ból w boku i lewym przedramieniu połączył się w jedno. Po chwili zaczęło go boleć całe ciało. Miał dość. Dość życia, bólu, rozterek i strachu. Chciał odpocząć. Choć na chwilę.

Kątem oka zauważył ją w przednim lusterku. Burzę, a raczej huragan. Srebrno-niebieskie skurwysyństwo jak nazwał je jeszcze kilkanaście minut wcześniej „pomarańczowy Martin” zbliżało się ku niemu. Nie było drogi ucieczki. Nie było na nią czasu. Jedyne co mógł zrobić to wysiąść z samochodu i czekać na koniec. Tak też zrobił.

Spojrzał na zbliżającą się chmurę. „Burza”, pomyślał. „Czy ona ma jakieś uczucia? Czy odczuwa empatię? Czy ten taniec destrukcji jest spowodowany tym, że jest nieszczęśliwa? Czy duma nie pozwala się jej do tego przyznać? A może to jej prawdziwa egoistyczna natura? Niszczyć i zabierać. Brać i nic nie dawać od siebie? Peter. To w końcu tylko burza. Nie jest człowiekiem. On by powiedział. Wytłumaczył. Porozmawiał. Choć… Są podobieństwa między tymi dwoma zjawiskami natury – burzą i człowiekiem. Choć tylko od tego ostatniego zależy jakie”.

Przeszedł kilka kroków w przód. Odpuścił. Upadł na kolana. I czekał. Na ostateczny cios jaki miał mu zadać jego oprawca. Pogodził się, że to już koniec. „Czy zobaczy się ze swoimi bliskimi czy nawoływanie kaznodziejów z kościoła to tylko legenda próbująca zamydlić oczy zwykłym ludziom? Aby bali się sądu, który tak naprawdę nigdy nie nastąpi?”.

W tym samym momencie cios nadszedł w formie sztachety zniszczonego płotu. Poczuł krótki ból, a następnie spowiła go ciemność.

Nicość.

Brak.

Coś ciepłego.

Coś jakby musnęło go po twarzy.

Jakby delikatna dłoń przesunęła się po jego policzku.

– Wstań – usłyszał i w tym samym momencie się ocknął. Wydał z siebie chropowaty krzyk, który za chwilę zmienił się w płacz. Obrażenia, o dziwo, były tylko powierzchowne. Choć ból był nie do zniesienia, był cały. Płakał. Były to łzy radości. Przeżył i to było w tym momencie najważniejsze.

Delikatnym, ciepłym dotykiem okazały się promienie słoneczne. Po każdej burzy przychodzi Słońce. Tak było i tym razem. Wpatrywał się w nie przez dłuższy moment, po czym wstał mimo bólu całego ciała. Oddychał ciężko, ale spokojnie.

Burze przychodzą i odchodzą. Idą do kogoś innego. Nie oglądają się za siebie. Zostawiają nas z pustką, ale i bliznami oraz doświadczeniami. Silver Bay było tego najlepszym przykładem. Pewnego dnia to miasto znów będzie piękne… ale pewnego dnia znów może przyjść nad nie burza. Wtedy trzeba być po prostu przygotowanym.

Gdzie teraz iść? Co zrobić? Nie musiał znać odpowiedzi na te pytania. Życie w końcu samo na nie odpowie. Trzeba mieć tylko nadzieję, że to się kiedyś stanie.

Peter ruszył w stronę ośrodka badawczego, lekko utykając.